Recenzja 14 tomu „Murciélago”
By: Karolina Cebula (sunater) 2020.01.06



Przyznaję, że na 14 tom „Murciélago” czekałam z niejaką niecierpliwością, ponieważ miałam co do niego duże oczekiwania. W końcu poprzednia część zapowiadała historię rodem z horroru, budowaną na pełnych głębi i ukrytego między wierszami znaczenia fundamentach jednej z lepszych pierwszych historii serii. Niestety, autor zmarnował szansę jaką sobie stworzył. Rozdziały „Dopóki śmierć nas nie rozłączy”, które składają się na ten tom, to w większości horror i niewiele więcej. W dodatku ciężko tu mówić o jakiejkolwiek konkretnej intrydze, ponieważ jedyne, co tu znajdujemy to z jednej strony próba ucieczki przed zjawą, a z drugiej usilne starania jej odnalezienia. Nawet wątek nowej, dosyć intrygującej bohaterki pozostaje przez nas prawie niezauważony. Autor nie stara się w szczególny sposób zwrócić na nią naszej uwagi, lub po prostu jakoś mu to nie wychodzi. Szkoda, ponieważ naprawdę miał duże pole manewru oraz środki, aby wciągnąć nas w tę historię, nawet jeśli chciał ją szybko zakończyć.

Jak wspomniałam, u podstaw „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” leży całkiem interesująca i bezsprzecznie psychologicznie ciężka i dlatego fascynująca historia. Chodzi naturalnie o sektę Virginal Rose, a dokładniej mówiąc o jej przywódczynie, które w tym tomie niejako zamieniają się rolami, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt tego, że tym razem wszystkim kieruje druga z „sióstr”. Tak czy inaczej, potencjał tej opowieści był ogromny, zważywszy na to, co wiemy o przywódczyniach sekty oraz po dodaniu do tego informacji zdobytych w poprzednim tomie. To jednak nie wszystko, ponieważ mieliśmy tu także intrygujący i jednoznaczny tytuł oraz zjawę o wielu ramionach, która wysysa krew. Yoshimurakana miał więc wszystko, co potrzebne do stworzenia fenomenalnej, głębokiej historii, która odcisnęłaby na nas swoje piętno. No i to niestety byłoby na tyle, ponieważ to, co dostajemy w tym tomie nie oferuje nam niemal żadnej głębi, a już na pewno nie taką, jakiej się spodziewaliśmy.

Przyznaję, autor próbował w jakiś sposób wykorzystać „Dopóki śmierć nas nie rozłączy”, posługując się w tym celu tematem ślubu oraz słowami przysięgi składanej przez małżonków na ślubnym kobiercu. Efekt okazał się niestety mizerny, nad czym bardzo ubolewam. Pomysł był naprawdę niesamowicie ciekawy, sposób jego wprowadzenia w życie miał ogromny potencjał, problem w tym, że coś nie do końca zagrało. Po bohaterkach w sumie wszystko spłynęło jak po kaczce, a tym samym, również na czytelnikach przysięga zestawiona ze zjawą nie zrobiła większego wrażenia. „Potwór z kanałów” w gruncie rzeczy nie wywołał na nikim takiego wrażenia jakie powinien. Tylko Narumi w jakikolwiek sposób odczuła fakt, iż zjawa jest „kimś” znajomym, częścią jej przeszłości. Jej reakcje nie są jednak w pełni zadowalające, podobnie jak przemyślenia, których moglibyśmy się po niej spodziewać. Krótko mówiąc, miało być pięknie, a wyszło jak zawsze.

Wspomniałam o Narumi i do niej chciałabym powrócić na koniec. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że przy okazji rozdziałów „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” autor zdradzi nam sekret jej przeszłości, o której do tej pory na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy zupełnie nic. Na szczęście, Yoshimurakana pokusił się o to, by pozwolić nam na bliższe poznanie Narumi, dzięki czemu jego czytelnicy coś jednak z tego tomu „Murciélago” wynoszą. Jasne, nie znamy zbyt wielu szczegółów, jednak to czego się dowiadujemy jest bardzo intrygujące. Czy jednak będzie to miało jakiś wpływ na przyszłe tomy serii, zaś autor postanowi jeszcze do tego powrócić? Tego nie wiemy, ale mam nadzieję, że poznany przez nas fragment życia Narumi nie był zwykłą „zapchajdziurą” i ponownie o nim usłyszymy. W końcu ta bohaterka zdecydowanie zasługuje na swoje pięć minut, podczas których zdecydowanie lepiej ją poznamy.

Podsumowując, czternasty tom „Murciélago” do najlepszych i najambitniejszych nie należy, jednak znajdziemy w nim elementy, które nas zaintrygują i zachęcą do przeczytania kolejnej odsłony serii. Jeśli ktoś lubi historie otoczone aurą horroru, na pewno nie będzie na ten tom narzekał. Wszyscy inni muszą niestety poczekać na kolejną, miejmy nadzieję lepszą część.